7 sposobów na wytropienie nieprawdziwego newsa

22-02-2017

Być może obiło wam się o uszy, że Oxford University Press uznało za słowo minionego roku określenie post-truth. Postprawda. I bardzo słusznie – w ciągu ostatnich miesięcy zadomowiło się ono w dyskursie dziennikarskim i politycznym oraz w zasobie słownictwa, którym posługujemy się na co dzień, a wzrastającą częstotliwość jego występowania w mediach obrazuje poniższa grafika:

Żródło: klik

Czym jest postprawda?

Określenie postprawda opisuje sytuację, w której fakty mają dla kształtowania opinii publicznej mniejsze znaczenie niż osobiste upodobania, przekonania, czy emocje, czyli – mówiąc oględnie – nieprawdziwe, ale z różnych względów łatwiej przyswajalne informacje. Jest to sytuacja, w której fakty przegrywają z opiniami i to te drugie kształtują rzeczywistość w większym stopniu niż pierwsze. Choć intuicja podpowiada, że ludzkość postprawdę wynalazła jeszcze na długo przed kołem oraz że wcale nie mamy obecnie do czynienia z żadnym nowym zjawiskiem, to jednak trudno zaprzeczać temu, że ostatnio jego skala jest nieporównywalnie większa niż jeszcze kilka lat temu. Dla mnie osobiście przypatrywanie się temu, jak postprawda zaczyna być słowem najtrafniej opisującym klimat dziennikarsko-społeczno-polityczny jest jednak o tyle fascynujące, że od wielu długich miesięcy (a właściwie nawet lat), przypatrywałam się narastaniu tego samego zjawiska w świecie nauki – w szczególności nauk o zdrowiu, dietetyce, czy kosmetyce. Mam wrażenie, że niezależnie od tego, czy rozmawiamy o Donaldzie Trumpie, czy też o spisku szczepionkowym, leczeniu raka witaminą C, czy przekupionym przez Monsatana WHO, mówimy tak naprawdę o dokładnie tym samym mechanizmie oporności na fakty. Jak zatem odnaleźć się w rzeczywistości, w której prawda z założenia przestała być wartością samą w sobie? Jak odsiewać nieprawdziwe newsy od tych, które mają szasnę mieć w sobie ziarno prawdy? Jak odróżnić dobrze zakamuflowaną bzdurę od informacji, która może nieść jakąś wartość? Chodźcie, mam dla nas kilka porad.

Sprawdzaj, czy liczby, z którymi masz do czynienia nie są wyjęte z kontekstu

Liczby w tekście wyglądają prawilnie, co nie? Wszystkie te procenty, ułamki i wartości zawsze zdają się poświadczać, że autor tekstu wykonał konkretny research i formułując swoje tezy, opiera się na twardych danych. Cóż… i tak, i nie. Niektóre liczby zawsze wymagają bowiem umieszczenia w odpowiednim kontekście i bez niego mogą wypaczać prawdziwe znaczenie danej informacji.

Pierwszy lepszy przykład: jeśli przeanalizujemy, jak wiele osób na świecie chorowało w ciągu ostatnich 50 lat na chorobę X, może okazać się, że obecnie jest ich 200 razy więcej niż pół wieku temu. Pierwsza myśl? Panika i strach. Przecież choruje coraz więcej osób – tak, czy nie? Tak. Sucha statystyka, nie uzupełniona odpowiednimi danymi, wskazuje właśnie na to. Może jednak okazać się, że większa liczba chorych wynika z tego, że nowe i coraz skuteczniejsze metody leczenia sprawiły, że choroba X nie jest już wyrokiem śmierci i że spokojnie można z nią żyć. Jej występowanie może też wynikać z wydłużającej się średniej długości życia i faktu, że przed pięćdziesięcioma laty ludziom nie dane było zachorować na X, ponieważ wiele lat wcześniej wykańczały ich inne dolegliwości. Dokładnie tak jest na przykład z AIDS (przyrost liczby chorych wynika z coraz skuteczniejszej i łatwiej dostępnej terapii) i nowotworami (mówiąc łopatologicznie, coraz lepsza opieka medyczna i rosnąca długość życia dają komórkom więcej czasu na to, by przejść transformację nowotworową).

Inna sytuacja – spożywanie substancji X podnosi ryzyko zachorowania na straszną chorobę Y stukrotnie! Brzmi strasznie? Owszem, do czasu, gdy do tej wartości dodamy jeszcze, że bazowe ryzyko dla przeciętnej osoby w danej populacji wynosi 0,001%. Przemnożenie tej wartości przez 100 wciąż daje 0,1%, co oznacza, że na tysiąc spożywających straszną substancję osób i tak zachoruje z nich tylko jedna. W obliczu tej wiedzy stukrotnie podniesienie się ryzyka nie brzmi już aż tak złowieszczo jak na początku, prawda?

Pamiętaj o kryterium falsyfikowalności

Stawiane przez kogokolwiek tezy, aby mogły być brane na poważnie, muszą, zgodnie z zasadami metody naukowej, spełniać kryterium falsyfikowalności. Oznacza ono, że trzeba formułować je w taki sposób, aby dało się je podważyć i obalić. Poważna dyskusja powinna opierać się właśnie na tym, by po wysunięciu jakiejś tezy, oddać ją w ręce innych i pozwolić im znęcać się nad nią tak długo, aż pozostanie z niej jedynie to, czemu nie udało się zaprzeczyć. I to właśnie ta niezaprzeczalna cząstka ma szansę stać się faktem. Wszelkie twierdzenia o ogólnym, nieprecyzyjnym lub absolutnym charakterze oraz retoryka nieznosząca sprzeciwu powinny zawsze zapalać w głowie odbiorcy czerwoną lampkę.

Szukaj źródeł i je weryfikuj

Biję się w pierś i przyznaję, że do pewnego stopnia rozumiem autorów, którzy nie poczuwają się do podawania źródeł w swoich tekstach. Sama wiem dokładnie, ile dodatkowej pracy wymaga umieszczenie linków przenoszących do nich czytelnika – i nie chodzi tu o sam akt ich wklejania do artykułu, ale o porządkowanie własnych myśli i ogarnianie nieporządku, który siłą rzeczy towarzyszy pisaniu. Nieraz przygotowując się do napisania jakiegoś postu, korzystam z kilku podręczników i własnych notatek, w przeglądarce otwartych mam kilkadziesiąt kart, a w każdej z nich albo drobne badania, z których wyciągam pojedyncze dane, albo duże przeglądówki, traktujące o zagadnieniu w sposób ogólny, albo raporty wielkich instytucji, typu WHO, czy FAO, które danymi naładowane są po same brzegi. Pracuję zazwyczaj na dwóch komputerach – własnym laptopie i komputerze w uczelnianej bibliotece, bo tylko ten drugi daje mi dostęp do wszelkich naukowych publikacji bez konieczności wnoszenia dodatkowych opłat – i jest to czynnik generujący bardzo dużo dodatkowego chaosu. Decyzja o tym, które ze źródeł zacytować, dokąd odesłać czytelnika, aby dać mu jak najlepszy wgląd w mój tok dochodzenia do konkretnych wniosków oraz w którym miejscu zalinkować które badania, aby link spójnie wpisywał się w resztę artykułu, to dla mnie nieraz 1/4 czasu pracy nad tekstem.

Mimo tego wyznaję zasadę, że aby zachować względem czytelnika minimum uczciwości, źródła muszą się w tekście pojawić. Wszelkie artykuły, które przedstawiając informacje, nie odwołują się do miejsc, z których je pozyskały, traktuję z góry jako niepewne i wam również polecam przyjmowanie takiego założenia. Polecam też politykę podwójnie krytycznego nastawienia, tj. nie tylko oczekiwanie, że źródła się pojawią, ale również ocenianie ich jakości. Czasopismo czasopismu nierówne i są niestety takie, w których artykuł naukowy o jednorożcach opublikować mogłaby nawet Jola Rutowicz.

Wyguglowanie cytatu, który wygląda podejrzanie, to kwestia trzech sekund. Sprawdzenie, czy niepewna informacja podawana jest przez inne media (co czyni ją potencjalnie bardziej wiarygodną) – piętnaście. Tyle samo, co sprawdzenie, kto jest autorem tekstu, który budzi twoje wątpliwości. Naprawdę niewiele trzeba, by stać się Sherlockiem i wytropić bzdurę.

Jeśli tytuł artykułu sugeruje ci, że nie uwierzysz w jego niesamowitą i pełną zaskakujących informacji treść…

…to zrób o co cię proszą i nie wierz, bo na 99% masz do czynienia z przekłamaniem. Wiecie, jak jest – świat jest skomplikowany i póki co nie zanosi się na to, by ktokolwiek miał wynaleźć jeden, uniwersalny lek na raka, ponieważ nowotwór to nie jedna, a dzisiątki różnych chorób. Prawdopodobnie nie ma takiej osoby, której nienawidzą wszyscy lekarze i dietetycy na świecie, a pojedyncze remedium zapewniające zdrowie, potencję, mądrość i powodzenie w miłości nie istnieje. No, chyba, że mówimy o nutelli.

 

Odróżniaj dowody anegdotyczne od naukowych

Jeśli, dajmy na to, czytasz w internecie artykuł pewnej niewiasty, która pisze w nim o tym, że wyleczyła swoje dziecko z gruźlicy, podając mu sok z pomidorów, pamiętaj, że wyników tego pseudoeksperymentu nie można ekstrapolować na resztę populacji. Fakt, że twoja sąsiadka schudła i czuje się promiennie po przejściu na dietę składającą się z samych żółtych papryk, nie oznacza jeszcze, że niniejszym dieta paprykowa nabiera statusu doskonałego zalecenia dietetycznego dla wszystkich osób. Świat jest pełen niuansów, a wyłapywanie zależności przyczynowo-skutkowych z całego nieskończenie wielkiego zbioru zmiennych, w którym się poruszamy, wymaga niesłychanego pietyzmu i odpowiedniego instrumentarium, którym, jako jednostki, siłą rzeczy nie dysponujemy. Dowód anegdotyczny nie ma w dyskusji o faktach żadnego znaczenia, jest obarczony wieloma błędami i po prostu musi być odrzucony.

Nie daj się zwodzić emocjom

Skrajnymi emocjami, przede wszystkim strachem, złością, czy niedowierzaniem, manipuluje się najłatwiej. Ich wzbudzanie nie wymaga szczególnie wyrafinowanych środków, ot, kilku drastycznych zdjęć, czy mocno nacechowanych zwrotów i już – zainteresowanie zostaje wzbudzone, odsłony postu rosną jak dzieci po danonkach, a deszcz lajków i ocean udostępnień zalewa Facebook i Twittera. Mając do czynienia z sensacyjnym nagłówkiem, zamazanym zdjęciem z obietnicą zobaczenia krwawych obrazków po kliknięciu, czy szokującą zajawką, pamiętaj, że ryzyko tego, że autor powyższych zabiegów chce wcisnąć ci kit zamiast faktu, jest niestety bardzo wysokie.  

Sprawdzaj szczegóły i wyłapuj niuanse

Dziwne nazwy stron (wiecie, to że domena nazwana została tylkocalaprawda.net nie oznacza jeszcze, że nie pojawi się na niej chociażby jedna pół- lub nieprawda:), drobne błędy gramatyczne, czy interpunkcyjne, dziwny, prymitywny lub nieczytelny layout oraz ogólnikowe lub radykalne traktowanie omawianego tematu – to wszystko znaki, które powinny odpalać w głowie odbiorcy czerwone lampki. To jednak przykłady grubszego kalibru i zakładam, że większości z was nie trzeba na nie uczulać. Z drobniejszych rzeczy dobrze jest wyczuwać, do jak głębokiego stopnia omawiane jest w danym medium dane zagadnienie. Często, gdy widzę w mediach głównego nurtu newsy o nowych odkryciach ze świata nauki, rzuca mi się w oczy, że traktują one zagadnienia zupełnie płytko, często przekłamując dane, wypaczając sens doświadczeń i niezgodnie z faktycznymi wnioskami wieszcząc sensacje. Ogólnikowość, brak omówienia metodologii badań oraz krytycznego spojrzenia na ich wyniki (ot, chociażby zwrócenia uwagi, że były one prowadzone na zwierzętach, przez co nie do końca można przekładać je na ludzi) świadczą o niekompetencji autora i przez to na mniejszej wiarygodności informacji, z którą się stykamy.

Przykładami mogłabym tu sypać jak z rękawa. Pewnie obiło wam się kiedyś o uszy, że picie czerwonego wina jest zdrowe, ponieważ zawiera ono resweratrol – substancję obecną w skórce winogron, która działa na komórki antystarzeniowo, uodparniając je na stresy oksydacyjne i wydłużając czas ich życia. No i wszystko super, bo resweratrol faktycznie wykazuje takie działanie na hodowlach komórek in vitro oraz na zwierzętach laboratoryjnych. Tyle tylko, że szczurom podawane są takie jego dawki, które wymagałyby od człowieka wypijania kilkuset butelek czerwonego merlota dziennie i to przez wiele tygodni. Inny przykład – akrylamid – swego czasu demonizowany jako substancja skrajnie toksyczna. Fakt, jest on rakotwórczy i może szkodzić, tyle tylko, że szczury laboratoryjne, na których prowadzano badania, faszerowane były takimi jego dawkami, że człowiek o masie ciała rzędu 60 kilogramów musiałby jednego dnia pochłonąć 300 kilogramów frytek lub wypić inkę kofeinkę zaparzoną z 40 kilogramów proszku, by im dorównać. Komórki macierzyste faktycznie służą do tego, by odbudowywać uszkodzone tkanki, nic nie wiadomo natomiast o tym, by nakładanie na skórę przedstawiciela Homo sapiens rozpaćkanej grudki komórek macierzystych z ryżu, czy innej pszenicy mogło odnieść jakikolwiek sukces w tej materii. Szczepienia mogą sporadycznie wywoływać NOP, jednak ryzyko związane z jego wystąpieniem jest nieporównywalne z niebezpieczeństwem, które niosą ze sobą epidemie. Diabeł, jak zawsze, tkwi w szczegółach (i w piosenkach Gosi Andrzejewicz) i warto być na nie wyczulonym (na szczegóły, nie piosenki).

Postprawda – choć nazwana niedawno – dokładnie tak samo, jak przekłamania i nagminne negowanie faktów, jest z nami od zarania dziejów. Jesteśmy gatunkiem opowiadaczy historii i anegdoty zawsze  pozostaną dla nas ciekawsze i przystępniejsze niż szeregi cyfr w excelowych tabelkach. Nie zmienia to jednak faktu, że prawda jest całkiem spoko, a opieranie opinii i budowanie nastroju społecznego na przekłamaniach wydaje się raczej kiepskim pomysłem. Mam dlatego nadzieję, że podzielicie się w komentarzach swoimi sposobami na tropienie kłamstw oraz że podacie ten tekst dalej. Dla dobra narodu i ku świetlanej przyszłości! :)

Buzi!