Dieta paleo: czy jedzenie jak jaskiniowiec ma sens?

24-11-2015
Esencja idei stojącej za jedzeniem w stylu paleo sprowadza się do tego, że nasi przodkowie jedli w inny sposób niż robimy to obecnie, a w związku z tym, że ewolucja zachodzi bardzo wolno, powinniśmy przestawić się na to, co lądowało na (kamiennych?) talerzach w paleolicie, tak aby nie fundować naszym organizmom wstrząsowej terapii i nie zmuszać do kontaktu z substancjami, z którymi nie są nauczone się obchodzić. Z menu wypada więc wszystko to, co nie było człowiekowi dostępne zanim nauczył się uprawiać rośliny i udomowił zwierzęta. Paleożercy żegnają się zatem ze zbożami, roślinami strączkowymi, przetworzonym jedzeniem, nabiałem i częścią produktów odzwierzęcych oraz wszystkim, czego przeciętny członek społeczności zbieracko-łowieckiej sprzed tysięcy lat nie widział na oczy. Brzmi rozsądnie i odkrywczo, ale paleozałożenie ma w sobie jednak kilka poważnych niejasności i to właśnie o nich porozmawiamy sobie dzisiaj.

Various Paleo diet products on wooden table, top view

 

Do czego referuje paleo?

Paleolit to najdłuższy etap w prehistorycznych dziejach i obejmuje on łącznie (wedle różnych źródeł) okres od trzech milionów lat wstecz do tego, co działo się na Ziemi 8 tysięcy lat przed Chrystusem. W jego początkowych okresach rodzaj Homo w ogóle nie istniał, a już gatunek Homo sapiens pojawił się prawdopodobnie zaledwie 200 tysięcy lat temu (tak, w kategorii ewolucji i paleontologii, 200 tysięcy lat to skromny wycinek historii). Jak w takim razie usystematyzować i skompaktować do kilku żywieniowych zasad to, co działo się na przestrzeni tak wielu lat i czy odnoszenie do współczesnego człowieka realiów, w jakich żyły wczesne jego formy, dopiero kształtujące gatunek (który z definicji zasadniczo różni się genomem od naszego), ma sens? 

Czy ewolucja naprawdę za nami nie nadąża?

Drugi kłopot jest taki, że paleofilozofia paskudnie upraszcza i spłyca teorię ewolucji, zakładając, że tak właściwie zupełnie nie nadąża ona za zmianami tego świata, a nasz gatunek nie jest w stanie zaadaptować się do panujących wokół warunków. A to wcale nie takie proste. Gdyby ewolucja faktycznie działała na zasadzie „możesz rozwijać się optymalnie tylko w tych samych warunkach, w których żyli twoi przodkowie”, jakikolwiek rozwój nie miałby prawa zachodzić, a wszystkie formy życia bardzo szybko kopnęłyby w kalendarz. 

Ciekawym przykładem na to, jak szybko mogą rozprzestrzeniać się mutacje genowe warunkujące adaptowanie się do nowego rodzaju pożywienia, jest badanie opublikowane w lipcu tego roku w Nature. Badacze przeanalizowali materiał genetyczny wyizolowany ze 101 szkieletów pochodzących z epoki brązu i mających na swoich starych karkach jakieś 3 tysiące lat. Okazało się, że tylko u 20 z nich znaleziono gen odpowiedzialny za zdolność do trawienia laktozy u dorosłych osobników. Tymczasem wcześniej zakładano, że gen ten zaczął na dobre rozprzestrzeniać się już 10 tysięcy lat temu i w epoce brązu występował w Eurazji o wiele częściej niż marne 20%. Oznacza to, że nasze szacunki rozjechały się z faktami o kilka tysięcy lat, a ewolucja zaszła w tym wypadku w o wiele szybszym tempie niż przypuszczaliśmy, sprawiając, że obecnie około 3/4 Europejczyków może trawić laktozę beż żadnych problemów.

Innym (i odnoszącym się bezpośrednio do populacji zbieracko-łowieckich i rolniczych) przykładem sprawnej ewolucji jest gen AMY1 kodujący amylazę, która rozkłada skrobię. Potwierdzono, że wśród populacji, których dieta w znaczącym stopniu opiera się na skrobii (czyli tych, które nauczyły się uprawiać zboża i ziemniaki) gen AMY1 występuje w zwiększonej liczbie kopii po to, by ułatwić i usprawnić trawienie tego węglowodanu. Zjawiska tego nie obserwuje się natomiast wśród populacji, których dieta opiera się na innych składnikach (czyli zamieszkujących mało żyzne tereny i zmuszonych do polegania na tym, co wyrośnie dziko w lesie). Na tych drugich zadziałała po prostu inna presja selekcyjna, która nie faworyzowała obecności ponadprogramowych kopii genu AMY1.  

Co z bakteriami?

Jeszcze inna sprawa jest taka, że gigantyczną rolę w trawieniu wszystkiego, co zjadamy odgrywają bakterie. Mikroflora jelitowa odpowiedzialna jest za produkcję witamin, fermentację żywności i stymulowanie układu odpornościowego do ewentualnej odpowiedzi na to, co jest w niej zawarte. Ewolucję bakterii liczy się natomiast w dniach i godzinach, a nie setkach tysięcy lat, ponieważ czas potrzebny im do wydania nowej generacji na świat może wynosić nawet kilka-kilkanaście minut. Co więcej, gdyby tylko bakterie posiadały środkowy palec, na pewno pokazałyby go ewolucji, ponieważ są na tyle sprytne, by oszukać jej powolne mechanizmy. Wszystko za sprawą horyzontalnego transferu genów (o którym szerzej pisałam tu), dzięki któremu bakterie mogą przekazywać swój DNA komórkom żyjącym w dokładnie tym samym czasie co one i nie czekać na zadziałanie mechanizmu naturalnej selekcji. 

Tak naprawdę obecnie nie ma już jedzenia, które byłoby paleo

Ostatnia i najważniejsza sprawa dotyczy tego, że wszystkie rośliny i zwierzęta, które obecnie wkładamy do ust, również podlegały ewolucji i od czasu naszych paleolitycznych przodków zmieniły się nie do poznania. To właśnie my sami wywieraliśmy na rośliny presję, selekcjonując spośród nich te, których plon jest największy, owoce najbardziej mięsiste i zawierającej jak najmniej substancji toksycznych. Otrzymanymi w ten sposób plonami karmiliśmy zwierzęta, krzyżując je między sobą tak, by były jak największe, jak najzdrowsze oraz dawały jak najwięcej mleka i jaj. Tego, co działo się w rolnictwie w przeciągu ostatnich tysięcy lat nie da się odwrócić i fakt, że obecne rośliny i zwierzęta drastycznie różnią się od tych sprzed kilku epok nie podlega żadnej dyskusji.

unnamed

Warto też uzmysłowić sobie, że ludy zbieracko-łowieckie prawdopodobnie polowały rzadko i w przypadku mięsa polegały raczej na znalezionej padlinie. Surowe mięso padłej antylopy, której nie chciało się dojadać lwom, naprawdę nie jest tym samym, co obrobiony termicznie stek z wołowiny (z którą, btw, nie mielibyśmy do czynienia, gdyby nie rolnictwo, czyli to, co paleofilozofia uznaje za źródło największego zła).

Ale co z tym paleo? Zdrowe to, czy nie?

W paleo na pewno dobrym założeniem jest ograniczenie w diecie przetworzonego jedzenia i cukru. Trudno doszukiwać się w tym zaleceniu czegoś odkrywczego – pożegnanie się z nadmierną ilością cukru i wysoko przetworzonej żywności jest tak właściwie podstawową zasadą każdej dobrze zbilansowanej i zdrowej diety – nieważne, czy jest ona paleo, czy nie. Tak samo sprawa ma się ze zwiększeniem spożycia warzyw, owoców i orzechów – tu do paleo naprawdę nie można się przyczepić, choć można byłoby dyskutować na tym, czy ilość spożywanych tłustych pestek, nasion i orzechów nie powinna być nieco mniejsza.

Druga strona kamiennego paleolitycznego medalu jest jednak taka, że dieta ta zakłada wykluczenie z diety głównych źródeł błonnika, czyli zbóż i strączków, a to już w świetle obecnej wiedzy mało rozsądny krok. Błonnik poza pobudzaniem perystaltyki jelit, ma też działanie prebiotyczne, czyli wspomagające wzrost pożytecznej flory bakteryjnej jelit, obniża także poziom cukru i cholesterolu we krwi. Zrezygnowanie z nabiału pozbawia nas ważnego źródła wapnia, a opieranie diety w znacznym stopniu na mięsie, w obliczu niedawnego raportu WHO, w którym zaklasyfikowano je jako czynnik prawdopodobnie kancerogenny również nie wydaje się być najzdrowszym posunięciem. W przypadku tej diety sprawdza się po prostu stara dobra zasada głosząca, że wszelkie wykluczanie z menu dużych grup produktów, nie może być nazwane zbilansowanym żywieniem i niesie ze sobą bardzo duże ryzyko wystąpienia niedoborów.

Nie jestem z tych, którzy czują się uprawnieni do zabraniania komukolwiek przechodzenia na jakąkolwiek dietę. Żywienie w stylu paleo nie jest szczególnie zdrowym dietetycznym wyborem, ale za to świetnie sprzedaje ludziom pseudonaukową ułudę, wedle której zjedzenie kawałka mięcha i orzecha przybliża nas do stanu zen i odnawia zagubione połączenie z naturą. W obliczu tego, że w 2015 roku tysiące ludzi zwracają się ku diecie paleo (której szczegółowych zaleceń nie da się sprecyzować, a w dużej mierze są one naszą radosną fantazją na temat życia w jaskini) w nadziei, że przywróci im ona zdrowie, naprawdę zabawny wydaje się być fakt, że przewidywana długość życia w czasach, gdy społeczeństwa prowadziły zbieracko-łowiecki tryb życia wynosiła wedle różnych rachunków około… 30 lat.

Trochę mało, nie?

Buzi!