4 zwroty z opakowań kosmetyków, które nic nie znaczą

05-11-2015

Nie odnosicie wrażenia, że tak jak jeśli idzie o żywność, jesteśmy coraz bardziej świadomi swoich wyborów, tak po drogeriach wciąż błądzimy jak dzieci we mgle? Nie mamy pojęcia, co oznaczają dziwne nazwy składników wypisane drobnym druczkiem na odwrocie opakowania, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że niektóre z nich nie mają absolutnie żadnych podstaw do tego, by działać i ostatecznie zdajemy się po prostu na chwyty marketingowe producentów. A te – surprise, surprise! – nie zawsze są czyste. Przechadzając się ostatnio po drogerii, wyłapałam kilka z takich nie do końca uczciwych zagrywek i już tłumaczę, dlaczego lepiej traktować je z dystansem.

Hipoalergiczny

Termin ten z naukowego punktu widzenia nie oznacza kompletnie nic konkretnego. Przedrostek hypo z greckiego oznacza jedynie mniej, poniżej, czyli produkt hipoalergiczny to taki, który uczula mniej niż przeciętnie, a to sugeruje, że może on być przeznaczony do skóry szczególnie wrażliwej, czy podatnej na alergie. Problem jest jednak taki, że póki co nie istnieją niestety żadne wytyczne, co do tego, jakie składniki powinny być obecne w produkcie hipoalergicznym, ani w jakich stężeniach i kombinacjach. Nie ma listy ingrediencji, które nie mogłyby znaleźć się w formulacji hipoalergicznego produktu. Nie istnieją też jasne wytyczne określające, w jaki sposób i w jakich warunkach testować powinno się taki specyfik, by móc jednoznacznie dowieść jego hipoalergicznych właściwości. W związku z tym hipoalergiczność produktu może być orzekana w stu procentach uznaniowo przez producenta specyfiku, a jego zapewnienia wcale nie muszą iść w parze z naukowymi dowodami na to, że dany krem, żel, mydło, czy inny kosmetyk faktycznie uczula mniej niż jego tradycyjny odpowiednik.

Jeśli jesteś podatna na alergie, lepiej niż polegać na dość koślawym określeniu hipoalergiczny, o wiele lepiej będzie wystrzegać się kosmetyków z dużą ilością substancji zapachowych, czy barwników. Zazwyczaj powinna sprawdzić się reguła: im krótszy i prostszy skład, tym mniejszy potencjał alergizujący.

Przebadany dermatologicznie

Zgodnie z obowiązującą ustawą, kosmetyk wprowadzany do obrotu nie może zagrażać zdrowiu ludzi. A to oznacza, że w praktyce (niemal) każdy drogeryjny specyfik znajdujący się na rynku musi zostać przebadany dermatologicznie, bo tylko w ten sposób można udowodnić, że nie wykazuje on właściwości drażniących, uczulających, czy jakichkolwiek innych niekorzystnych dla zdrowia. 

Nasze badania wykazały…

Nasze badania są finansowane przez nas, producentów kosmetyku, i w 99% przypadków nie zostały nigdzie opublikowane. Brak publikacji oznacza brak możliwości zapoznania się z metodologią badania oraz zweryfikowania i zrecenzowania jego wyników. A wszystko to razem wzięte oznacza, że nasze badanie jest po prostu bezwartościowe. Jeśli więc na opakowaniu kremu widzisz, że 99% kobiet go używających zauważyło poprawę wyglądu skóry, albo że nasze badanie dowiodło, że po stosowaniu specyfiku zauważa się X-procentową poprawę wyglądu skóry, pamiętaj, że dopóki całe badanie nie będzie opublikowane i poddane merytorycznej krytyce, musisz traktować je jako z góry zaprojektowane w ten sposób, by potwierdzić określone tezy. Czyli po prostu mało wiarygodne.

 

Dla skóry dojrzałej, młodej, trzydzieści plus, sto minus

Rozumiem, że napisy określające grupę wiekową, dla której przeznaczony jest dany specyfik, mają pomóc klientom odnaleźć się między sklepowymi półkami i strategia ta najwyraźniej sprawdza się doskonale – całe drogerie dzielone bywają według tylko tego klucza. Problem w tym, że wiek nie określa typu cery, a to właśnie pod tym kątem powinno się dobierać krem. Weź dziesięć losowych trzydziestek – czy cera każdej z nich jest identyczna? Wszystkie mają naczynka? Każda z nich jest przesuszona na policzkach, ale tłusta na czole? A może cała dziesiątka ma trądzik? Nie. Każda skóra jest różna i choć wiek ma wpływ na jej stan (wiadomo, że skóra kobiety po pięćdziesiątce potrzebuje nieco więcej składników odżywczych niż cera dwudziestki), to kompletną bzdurą jest twierdzenie, że da się zaprojektować kosmetyk tak, by sprawdzał się u każdej użytkowniczki z określoną liczbą wiosen na karku.

To miejcie się na baczności i bądźcie czujni. Ostatecznie i tak samodzielnie podejmujecie decyzję o tym, czym wysmarować wasze śliczne buźki, ale jeśli następnym razem zrobicie to chociaż odrobinkę bardziej świadomie, będę szczęśliwsza niż szafiarka na wyprzedaży w Zarze!

PRZECZYTAJ TEŻ: Co drzemie w kremie i czy ma prawo działać?
Buzi!