Mięso: dobrze wysmażone, półkrwiste, czy… z probówki?

25-10-2015

Mam wrażenie, że z mięsem jest ostatnio trochę jak z polityką. Temat nieco śmierdzi, niby czujemy, że powinniśmy być nim zainteresowani, ale jednak nam się nie chce, a do tego niewinna rozmowa o szyneczce babuni często potrafi przerodzić się w krwawą krucjatę, w trakcie której mięsarianie muszą przyjmować na klatę wszystkie ciosy wymierzane im przez ich wege (nie)przyjaciół. Od kiedy bycie wegepozytywnym jest tak bardzo na fali, przyznawanie się do niedzielnego schaboszczaka jest bardziej spowiedzią niż anegdotką i co tu dużo mówić – mięso sprawia nam kłopot. Dosłownie.

Co roku ziemianie produkują prawie 300 milionów ton mięsa, a z każdą kolejną krówką padającą w rzeźni, środowisko ponosi gigantyczne koszty.

Około 30% lądu, który nie jest pokryty lodem, jest przez nas wykorzystywanych do uprawy zbóż, warzyw i owoców, które nie będą spożywane bezpośrednio przez ludzi, tylko wykorzystywane jako pasza dla zwierząt. Jedna trzecia wody wykorzystywanej przez ludzkość przeznaczana jest właśnie na ten cel, a aby przeciętna krowa mogła przybrać na masie o kilogram, musi uprzednio wsunąć od 75 do 300 kilogramów trawy i ziaren (w Europie, gdzie pasza jest dość wysokiej jakości) lub od 500 do 2000 kilogramów w Afryce, gdzie krowie posiłki nie są tak odżywcze jak u nas, a do tego sporo zwierząt pada przez choroby i niedożywienie. W związku z tym wszystkim niektórzy naukowcy utrzymują, że zrezygnowanie z jedzenia wołowiny jest dla środowiska lepsze niż porzucenie samochodu.

Stojąc w obliczu faktu, że mieszkańców Ziemi non stop przybywa i raczej nie zanosi się na to, by powierzchnia planety miała się powiększyć, a do tego popyt na mięso stale rośnie (szacuje się, że w przeciągu kolejnych 40 lat, wzrośnie o 73%), musimy poradzić sobie z poważnym kłopotem. Skoro ciężko będzie nam wygospodarować jeszcze więcej obszarów, które można byłoby przeznaczyć na tereny rolne, a z drugiej strony nie ma szans, by zmusić ludzkość do tego, by ograniczyła spożywanie mięsa, musimy w jakiś sposób zwiększyć wydajność rolnictwa, by być w stanie pokryć nieustająco rosnące zapotrzebowanie na zboża, warzywa i owoce. Można w tym celu produkować rośliny GMO odporne na pestycydy i szkodniki, można wszczepiać im geny pozwalające przetrwać trudne warunki, tak by dało się je uprawiać na mało żyznych i suchych glebach, a potem spędzać miliardy godzin na Kwejku, kłócąc się o to, czy rujnujemy w ten sposób Matkę Ziemię i siebie samych.

A można też wyprodukować mięso w probówce

I własnie to zrobili naukowcy z Maastricht University. Udało im się wyprodukować burgera w laboratorium już w 2013 roku, ale wtedy koszt jego produkcji był jeszcze wyższy niż Marcin Prokop stojący na taborecie i wynosił ponad trzysta dolców. Teraz udało się go obniżyć do jedenastu dolarów, dzięki czemu wizja burgera z probówki czającego się we wnętrzu BigMaca stała się… całkiem realna.

Jak to działa?

W gigantycznym uproszczeniu i skrócie cały proces produkcji laboratoryjnego burgera polega na pobraniu od krówki jej komórek macierzystych i następnym hodowaniu ich w taki sposób, aby utworzyły one komórki mięśniowe. Te łączą się potem we włókna, a włókna łączone są ze sobą, dając ostatecznie kawał wołowiny. Tę miesza się z tłuszczem, aby nie pozbawiać mięsa walorów smakowych i… wkłada do bułki z keczupem, uprzednio smażąc. Z technicznego punktu widzenia, tak otrzymane mięso nie różni się od tego, które wyrosłoby naturalnie w ciele krowy i wygląda o tak:

EDITORIAL USE ONLY. A burger made from Cultured Beef, which has been developed by Professor Mark Post of Maastricht University in the Netherlands. PRESS ASSOCIATION Photo. Issue date: Monday August 5, 2013. Cultured Beef could help solve the coming food crisis and combat climate change. Commercial production of Cultured Beef could begin within ten to 20 years. Photo credit should read: David Parry/PA

Dlaczego burgery z probówki są takie fajne?

  • Ich otrzymanie pochłania o mniej więcej połowę mniej energii w porównaniu z konwencjonalną hodowlą,
  • kończy się produkcją gazów cieplarnianych o 96% niższą w porównaniu z obecną,
  • zużywa o 99% przestrzeni mniej niż tradycyjna hodowla, a do tego sprawia, że
  • krówki nie giną. Ba, w trakcie pobierania komórek nie odczuwają nawet bólu!
  • Komórki pobrane od jednego zwierzęcia wystarczą na wyprodukowanie 175 milionów burgerów. Obecnie potrzebujemy do tego 440 tysięcy krów. Nieżywych, of course.
  • W całym procesie nie stosuje się technik modyfikacji genetycznych, co teoretycznie powinno zamknąć usta przeciwnikom GMO.

EDITORIAL USE ONLY. A burger made from Cultured Beef, which has been developed by Professor Mark Post of Maastricht University in the Netherlands. PRESS ASSOCIATION Photo. Issue date: Monday August 5, 2013. Cultured Beef could help solve the coming food crisis and combat climate change. Commercial production of Cultured Beef could begin within ten to 20 years. Photo credit should read: David Parry/PA

Mark Post, ten pan, którego widzicie powyżej i który przewodził grupie naukowców pracujących nad burgerem z probówki, przyznał w wywiadzie dla BBC, że jego zdaniem od wprowadzenia tego typu mięsa na sklepowe półki dzieli nas jakieś pięć, dziesięć lat i że jak na razie taka metoda produkcji wydaje się być jedyną, która łączy w sobie etykę, dbałość o środowisko i utrzymanie kosztów całego procesu na rozsądnym poziomie. I wydaje się mieć sto procent racji. Kto wie, może za dziesięć lat koncepcja wegetariańskich burgerów wcale nie będzie brzmiała tak absurdalnie jak dzisiaj? Już od dawna ograniczam mięso i zważając na to, że jedynym jego rodzajem, którego naprawdę nie potrafię sobie odmówić, jest soczysty burger, powiem wam tyle: jadłabym.

A wy?

Buzi!