Nie mogłam się urodzić w lepszych czasach. Recenzja Ćwiartki raz

Do przeczytania tej książki zabierałam się długo i niechętnie. Karolina Korwin Piotrowska jest dla mnie postacią, którą niesamowicie szanuję, ale nie zawsze popieram i dlatego obawiałam się, że w Ćwiartce, podobnie jak w Bombie, zamiast kronik i życiorysów odnajdę zlepek upodobań i antypatii autorki.

I byłam w wielkim błędzie.

Co to takiego?

cwiartka raz

Ćwiartka raz to książka dokumentująca ostatnie dwadzieścia pięć lat polskich mediów, popkultury oraz showbiznesu. Całość przybrała formę kroniki z podziałem na lata i gałęzie kultury. W każdym rozdziale Karolina Korwin Piotrowska przytacza najważniejsze wydarzenia danego roku, opatrując je swoim komentarzem i mnóstwem archiwalnych materiałów. Słowem – odtwarza wszystko to, czym w danym roku żył naród. Książkę czyta się lekko i aż za szybko. Mnóstwo w niej ironii, humoru i dystansu. Nie jestem jednak krytykiem i nie o jej walorach literackich chcę wam opowiedzieć.

Ćwiartka daje do myślenia

Po lekturze Ćwiartki w głowie kołacze mi w zasadzie tylko jedna myśl – jak to fajnie, że jako dwudziestolatka żyję dokładnie teraz i tutaj, w Polsce, w dwa tysiące czternastym roku. Cieszę się, że nie musiałam żyć w czasach, kiedy nowoczesność i europejskość dopiero zadomawiała się w umysłach. Zapuściłam korzenie w kraju, w którym reklama podpasek nie jest niczym bulwersującym, a ludzie obawiający się złego potwora imieniem gender są w mediach obecni głównie ze względu na niedorzeczność swoich poglądów. Mogę cieszyć się praktycznie nieograniczonym dostępem do kultury, której całe światowe zasoby skupiają się w Google, Wikipedii i na Youtube. Polska scena artystyczna wyszła już z rozłamu na mdły i zupełnie niezjadliwy pop oraz niszową, niedostępną i przez to nieco snobistyczną alternatywę. Znaleźliśmy pod tym względem złoty środek z Melą Koteluk, Dawidem Podsiadło, Michałem Witkowskim, Dorotą Masłowską, czy Marią Peszek na czele. Telewizja, choć ogłupiająca i mdła, to jednak z perełkami w postaci serialów Patricka Yoki, Czasu honoru, czy całkiem profesjonalnie robionych śniadaniówek. I choć serwowane w przerwach reklamy nie powalają, to nie są przynajmniej epileptycznymi spotami zachwalającym Prusakolep, a bywa, że czeka się na nie bardziej niż na film – tak jak to było z reklamami Mumio dla Plusa.

Podobnie w kinie – skończyła się już moda na tragiczne komedie romantyczne z aktorami o zdolnościach i mimice przeciętnej krewetki. Mamy odważną Salę Samobójców, niepokojący Układ zamknięty i wzruszającą, ale nie patetyczną Miłość. Wychodzimy z okresu jarmarczności w modzie, podoba nam się normcore i bycie normalsem. Internet nie jest już domeną dzieci neo i hejterów, a miejscem, w którym powstają blogi i portale pasją i rzetelnością bijące na głowę największe pisma dostępne w kioskach. A ja mogę z tego wszystkiego czerpać pełnymi garściami.

Czekałam na taką książkę

Dla mnie – osoby, która Big Brothera oglądała oczami ośmiolatka, a lata dziewięćdziesiąte kojarzy głównie z Tamagotchi i cukierkowymi bransoletkami na rękę – Ćwiartka jest nieocenionym źródłem wiedzy o polskich mediach i popkulturze. Fajnie było jeszcze raz – choć tym razem już nie jako dziecko – przejechać się na tym szalonym popkulturowym rollercoasterze i przypomnieć sobie, jak wielką drogę w ciągu ostatnich lat przeszły polskie media i nasza mentalność. Docenić, że miałam szansę wychować się w czasach i okolicznościach, które nie dały mi żadnego pretekstu do tego, abym polską kulturę  uważała za gorszą od tej na zachodzie Europy. A przede wszystkim zafundować sobie kilka godzin wyśmienitej rozrywki przerywanej histerycznymi atakami śmiechu na widok starych okładek i dawnych celebrytów, których pięć minut nie trwało nawet dwudziestu sekund.

Naprawdę mam was dalej zachęcać?

Buzi!