7 przekłamań i niejasności, które towarzyszą dyskusjom o in vitro

03-12-2015

Nie lubię zabierać głosu w czasie, kiedy dyskusje na jakiś temat są jeszcze gorętsze niż kobiety z piosenki Norbiego. W ostatnich tygodniach z wiadomych przyczyn sporo mówiło się o in vitro, a za każdym razem, kiedy ten kontrowersyjny jak białe kozaki i stary jak skarpety spod łóżka temat przedostaje się na pierwsze strony gazet i nagłówki Onetu, boli mnie to, jak wiele naukowych nieścisłości towarzyszy jego omawianiu. Teraz, kiedy temperatura na chwilę opadła (choć nie wątpię, że za jakiś czas temat powróci), siądźmy więc sobie na spokojnie i pogadajmy o tym, co nauka mówi na temat zapłodnienia pozaustrojowego.

Bezpłodność da się leczyć

                                                   

Nieprawda

Bezpłodność jest trwałą niemożnością posiadania potomstwa. Spowodowana może być np. brakiem jajników, czy jąder i nie jest ani odwracalna, ani uleczalna.

Da się natomiast leczyć niepłodność

Prawda

Tym, o czym dyskutuje się przy okazji in vitro, jest niepłodność, czyli – zgodnie z definicją WHO – niemożność zajścia w ciążę, mimo odbywania niezabezpieczonych, regularnych (3-4 razy w tygodniu) stosunków seksualnych przez minimum rok, o ile nie ma ku temu naturalnych przeszkód (w ciążę trudniej jest zajść w czasie, gdy kobieta przechodzi laktację lub gdy cykl menstruacyjny nie wrócił do normalnego rytmu po ciąży). Niepłodność (choć nie we wszystkich przypadkach) da się leczyć, ponieważ nie wynika ona z braku elementów układu rozrodczego, tylko innych, mniej drastycznych czynników – infekcji, zaburzonego poziomu hormonów, nieprawidłowej pracy tarczycy, czy gonad oraz setek innych zaburzeń. Wśród kobiet poniżej 60. roku życia niepłodność jest piątym najczęściej występującym schorzeniem.

Zapłodnienie in vitro nie jest metodą leczenia niepłodności

Nieprawda

In vitro jest metodą objawowego leczenia niepłodności. Nie rozprawia się wprawdzie z jej przyczyną, ale metodę tę stosuje się tylko w momencie, kiedy przyczyny niemożności zajścia w ciążę nie da się ustalić lub gdy inne, stosowane w pierwszej kolejności metody nie przyniosły pożądanych skutków (a z sytuacją taką mamy do czynienia w około 40% przypadków). Twierdzenie, że terapia objawowa nie jest leczeniem, jest błędne. Zażywając aspirynę w trakcie przeziębienia również nie walczymy z przyczyną choroby – wirusami – tylko z jej objawami, czyli gorączką i bolącą głową, a mimo to mówimy, że poddajemy się leczeniu. Gdy podajemy terminalnie chorym środki przeciwbólowe, również nazywamy taki proces leczeniem, mimo że nie walczymy bezpośrednio z przyczyną choroby, a jedynie niwelujemy jej objawy. Leczenie z definicji nie jest jedynie przywracaniem do zdrowia, ale też zapewnianiem jak najwyższej możliwej jakości życia chorego.

Dzieci z zapłodnienia in vitro różnią się od dzieci naturalnie poczętych

Nieprawda

Dzieci poczęte metodą in vitro pod żadnym względem (ani zdrowotnym, ani anatomicznym, ani emocjonalnym) nie różnią się od dzieci poczętych naturalnie.

Naprotechnologia jest metodą leczenia niepłodności

I prawda, i nieprawda

Naprotechnologia zakłada wnikliwe śledzenie przebiegu cyklu miesięcznego u kobiety oraz obserwację wydzieliny pochwy w celu dokładnego określenia momentu cyklu, w którym kobieta akurat się znajduje oraz precyzyjnego wskazania, kiedy dochodzi do owulacji. Problemy z naprotechnologią są co najmniej dwa. Po pierwsze, nie jest ona niczym odkrywczym i trudno przyznać jej status oddzielnej, innowacyjnej metody, ponieważ od obserwacji cyklu oraz uczenia pary, jak identyfikować dni płodne rozpoczyna się każda diagnostyka niepłodności. Dopiero na podstawie ustalenia długości, regularności i przebiegu cyklu można wyciągać dalsze wnioski i starać się ustalić przyczynę niepłodności. Po drugie, sam termin naprotechnologia jest dość koślawy, ponieważ metoda ta nie jest żadną technologią i zakłada jedynie to, co w ginekologii praktykuje się od dziesięcioleci. Tymczasem nowocześnie brzmiąca naprotechnologia sugeruje odkrywczość tej metody diagnostyki oraz jej związek z laboratoriami i nowoczesnymi, tajemniczymi technologiami, a to śmierdzi na kilometr nabijaniem zdesperowanych ludzi w balona.

O naprotechnologii jako takiej wiadomo niewiele – gdy szukałam informacji na jej temat, w bazie PubMed na zapytanie o naprotechnology, wyskoczyło zaledwie 6 artykułów naukowych, do których pełnej treści nie udało mi się zdobyć dostępu nawet korzystając z uczelnianych komputerów. Skąpa dokumentacja naukowa nie pozwala na traktowanie naprotechnologii jako samodzielnej i zasadnej terapii. Naprotechnologia z gruntu zawodzi, gdy przyczyna niepłodności leży po stronie mężczyzny, czyli w około co drugim przypadku. Inna sprawa jest jeszcze taka, że instruktor, który towarzyszy parze starającej się o dziecko w trakcie ich naprotechnologicznej przygody, nie musi posiadać wykształcenia medycznego.

Przedstawianie naprotechnologii jako alternatywy dla in vitro jest zwykłą bzdurą. Obydwie te metody (o ile zakładamy, że naprotechnologia nią w ogóle jest) służą różnym pacjentom – tak jak w przypadku zaburzeń owulacji, in vitro zupełnie nie jest potrzebne, ponieważ da się opanować taką sytuację, korzystając z hormonów (które dopuszcza naprotechnologia), tak kiedy mamy do czynienia ze złą jakością plemników (które mogą być na przykład nieruchliwe lub niezdolne do przedostania się do wnętrza oocytu), poważną postacią endometriozy lub niedrożnością jajowodów, czy setką innych nieprawidłowości, żaden naprotechnolog nie będzie mógł zrobić niczego poza rozłożeniem rąk i modlitwą do Pana Jeża. W takich wypadkach zapłodnienie pozaustrojowe jest bardzo często jedyną skuteczną opcją pomocy.

In vitro to eugenika

Nieprawda

Eugenika nie była nauką, tylko pseudonaukowym bełkotem z bardzo prostej przyczyny – w czasie, kiedy święciła swoje triumfy ludzkości nieznana była struktura DNA. Jeśli chcemy rozmawiać o dziedziczeniu, nie opierając się jednocześnie na tym, co wiemy o strukturze materiału genetycznego, możemy równie dobrze wymyślać teorie naukowe o Hefalumpach i soku z gumijagód. I tak jak absolutnie nie rozgrzeszam eugeniki, ani nie neguję wszystkich obrzydliwych rzeczy, których w imię jej rozwoju dokonywano szczególnie w czasie II wojny światowej, tak mam świadomość, że obecnie koncepcja manipulowania genami siedmiomiliardowej populacji ludzi, tak aby stworzyć nadczłowieka, mogłaby być co najwyżej materiałem na film science fiction klasy D, a nie na brany na poważnie naukowy zamiar.

Faktem jest natomiast, że etyka nie nadąża za rozwojem nauki, a techniki in vitro stwarzają możliwości, z którymi ludzkość nigdy wcześniej nie musiała się mierzyć. Na przykład swego czasu w Wielkiej Brytanii, głusi Tom i Paula Lichy bezskutecznie starający się o dziecko, wnieśli o to, by w czasie selekcji gamet w procedurze in vitro, wybrać takie, by zapewnić, że ich dziecko również będzie głuche. Czy można spełnić oczekiwania takiej pary? Jak obchodzić się z powstałymi nadliczbowymi zarodkami? Czy donor gamet może całkowicie wyzbyć się wszelkich roszczeń w stosunku do dziecka, które powstanie z jego materiału genetycznego? Czy w przypadku kobiet, które nie mogą donosić ciąży, ich zarodek może być wszczepiony kobiecie z nimi spokrewnionej (np. siostrze lub matce)?

Choć moje osobiste wątpliwości mogłyby pewnie zostać w całości rozwiane za pomocą porządnie przemyślanej legislacji, jestem w stanie zrozumieć, że w tym zakresie można mieć co do zapłodnienia pozaustrojowego obiekcje.

Nauka określa, kiedy zaczyna się życie

Nieprawda

Odpowiedź na pytanie, kiedy rozpoczyna się ludzkie życie, nie jest domeną embriologii, biologii rozwoju, ani żadnej z przyrodniczych nauk. To pytanie z zakresu filozofii i nie ma na nie żadnej obiektywnej, dającej się jednoznacznie udowodnić odpowiedzi.

Dobrze, misie. Mam nadzieję, że wszystko jasne, ponieważ na dzisiaj to tyle. Możecie linkować ten artykuł w nadchodzących dyskusjach:)

Buzi!